25.1.17

Przeżywa to 1/4 kobiet, a wciąż boimy się o tym mówić

Dzisiejszy post nie będzie ani łatwy ani przyjemny. Wiecie, że zazwyczaj poza postami kosmetycznymi, czasami ciuchowymi czy książkowymi, nie poruszam innych tematów. Nawet o ślubie nie zebrałam się żeby napisać bo po prostu pewne rzeczy warto zostawić dla siebie. Tym razem jednak czuję, że muszę wreszcie to z siebie wyrzucić. Nie dlatego, aby się pożalić i czekać na klepanie po pleckach, ale po to żeby być może ktoś kiedyś wiedział, że lekarz w szpitalu nie jest Bogiem i nie zawsze trzeba ulegać jego presji i krzykom, że o poniżaniu nie wspomnę...
Okazało się również, że przez podobną sytuację przeszło wiele znajomych mi kobiet o czym nie miałam pojęcia. To nadal temat tabu, o tym lepiej nie mówić, ba! wiele osób uzna, że to pewnie Wasza wina, że coś poszło nie tak. Post będzie długi więc jeśli nie interesuje Was taka tematyka to zapraszam jutro - wszakże nie każdy chce czytać o poronieniach...


W moją pierwszą ciążę zaszłam w noc poślubną - normalnie zaczyna się jak z bajki. Nigdy nie stosowałam antykoncepcji hormonalnej więc poszliśmy na żywioł. Wiedziałam, że termin jest płodny, ale w życiu nie myślałam, że za pierwszym podejściem od razu "zaskoczę". Mój mąż mówił później, że dosłownie po kilku dniach czuł, że jestem w ciąży. Oczywiście zorientowałam się bardzo szybko. Z perspektywy czasu uważam to za nieco głupie, ale dosłownie szaleliśmy z radości. Pierwszą osobą, która dowiedziała się o ciąży był mój szef - traf chciał, że miałam jechać na targi, a wiedziałam, że nie podołam. Weszłam rano ( tego samego ranka kiedy dowiedzieliśmy się o ciąży ) do jego gabinetu i wybuchnęłam takim płaczem, że biedny nie wiedział co się stało. Na szczęście pod tym względem jest bardzo wyrozumiałym człowiekiem :)

Do lekarza umówiłam się tydzień później, w poniedziałek, pełna nadziei i radości. Wizyta była OK choć pan doktor zwrócił uwagę na to, że pęcherzyk na tym etapie powinien być już większy. Mimo wszystko zaczął mówić, że może owulacja się przesunęła itp. Umówił mnie więc na kolejny tydzień. Z perspektywy czasu domyślam się, że wiedział, że jest coś nie tak, ale po prostu mi o tym nie powiedział, I bardzo dobrze - nie wyobrażam sobie siedzieć i czekać na poronienie...

Doktor zaznaczył, że gdyby cokolwiek się działo to mam natychmiast do niego dzwonić niezależnie od pory dnia czy nocy. Dodatkowo uprzedził mnie, że w środę wyjeżdża i będzie dopiero w poniedziałek.

No i znając moje wybitne szczęście, w środę późnym wieczorem z 12/13 października ( i jak ja mam lubić 13 ) dostałam bóli. Nie były jakoś bardzo mocne, ale były inne, dziwne. Teraz wiem, że były to skurcze. Położyłam się żeby odpocząć po bardzo męczącym i stresującym dniu. Traf chciał, że początki trafiły na stresujący okres w pracy i prywatną dużą ilość obowiązków jak to po weselu...

Gdy zobaczyłam, że lekko krwawię dosłownie mnie zamurowało, ledwo zawołałam męża. Po prostu do tej pory pamiętam szum w uszach i niedowierzanie. Gdy człowiek tak bardzo nakręci się pozytywnie i nawet nie przemknie mu przez głowę, że coś może być nie halo to chyba szok jest jeszcze większy. Zadzwoniłam do mojego lekarza, który niestety zdążył już wyjechać i usłyszałam, że jeśli krwawienie nie ustąpi to mam jechać do szpitala. Ustąpiło, ale tylko na chwilę. Zdążyliśmy nawet usnąć jednak w nocy konieczna była wyprawa do szpitala. I to tu zaczyna się cała trauma...

Pominę etap izby przyjęć bo choć pytania i przebieranie się w piżamę przy ludziach było krępujące to pewnie po prostu tak to wygląda - to była moja pierwsza w życiu wizyta w szpitalu.
Pani pielęgniarka z izby zadzwoniła po położną, która po mnie przyszła. Konkretna, niecertoląca się osoba, którą mimo wszystko naprawdę dobrze wspominam. Od razu na dzień dobry skomentowała, że "kobiety myślały, że oddział jest zamknięty to nie przyjeżdżały teraz się zwiedziały, że jednak działamy i ciągle przyjeżdżają". Nie wiedziałam już czy mam iść czy nie iść, czy jechać gdzieś indziej skoro przeszkadzam...

Dodam jeszcze, że ja wiem co to jest zmęczenie, nocne dyżury, praca z pacjentem czasami przestępcą czasami narkomanem... moja mama nie raz ledwo powłóczyła nogami wracając z dyżuru. Mam dużą dawkę cierpliwości i wyrozumiałości dla służby zdrowia dlatego mimo mojego olbrzymiego stresu i nerwów zachowywałam się potulnie i grzecznie i wykonywałam wszystkie polecenia.

Pani położna przeprowadziła ze mną wywiad niezbędny do wpisania w kartę, powiedziała mi, że sama poroniła kilka ciąż, kilka miała martwych i w końcu urodziła zdrowe bliźnięta więc żebym się nie przejmowała, ale ona wie, że sama to sobie muszę w głowie poukładać. Wtedy jeszcze myślałam, "co ona gada, przecież dadzą mi jakieś leki i uda się ciążę uratować". Taki kop z karata był naprawdę średni...

Następnie zjawił się pan doktor ordynator... Gdy przeczytałam jego plakietkę aż przełknęłam ślinę. Krążą już o nim legendy jeszcze z czasów gdy był tylko zwykłym lekarzem. Nie - nie są to dobre legendy, pan doktor jest już dość leciwy i od lat okupuje nasz szpital.
W duchu uspokajałam sama siebie, mówiąc "Marta, wiesz, że ludzie dramatyzują, ubarwiają i przesadzają. Pan doktor nie musi być miły ma być rzetelny".

Pan doktor był przede wszystkim chamski i niedelikatny, aczkolwiek poza pokrzykiwaniem na mnie bo w 3 sekundy nie przypomniałam sobie nazwy suplementu jaki biorę ( darujcie, ale przy takim stresie naprawdę trzeba chwilę się zastanowić, że to mama dha premium plus ), a na koniec przy badaniu "uprzejmie" stwierdził "tu nic nie ma - a pani to w ogóle była w ciąży?". Niemniej jednak to pierwsze spotkanie powinnam uznać za dość sympatyczne. Pani położna była chyba nieco już zawstydzona jego zachowaniem bo stała się o wiele milsza i w zasadzie kierowała mną jak ślepą kurą we mgle. Ponieważ krwawienie było dość konkretne, zostałam pozostawiona na oddziale. Przepłakałam całą noc nie mogłam nawet na chwilę usnąć.

Cały cyrk zaczął się kolejnego dnia. Wszystko poszło o to, że moja mama zapytała się go co się stało i wypaliła, że nie chcę łyżeczkowania. Jak to ja mogłam w 6 tygodniu ciąży nie chcieć łyżeczkowania skoro pan doktor rutynowo robi ją każdemu? Przecież od razu dostanę zakażenia i umrę ( jak normalnie przy miesiączce krwawię przez 6 dni to jakoś nie umieram co miesiąc). Pomijam fakt, że wszelkie artykuły łącznie z naukowymi jak np. Postępowanie w przypadku straty wczesnej ciąży. Wytyczne Royal College of Obstetricians and Gynaecologists wcale nie zalecają natychmiastowego łyżeczkowania, że do 8 tygodnia warto poczekać na samoistne całkowite, albo wspomóc się farmakologicznie. Ba! Wielu lekarzy coraz częściej czeka nawet w późniejszych etapach. Ale o tym później.


Oczywiście pan doktor darł się na mnie przy całej sali pacjentek, że już nigdy w życiu nie będę miała dzieci. Pomijam już w tym opisie prywatne wycieczki, zwracanie się do mnie po panieńskim, przekręconym w dodatku nazwisku per Kaczmarkówna i innych takich zajadłych uprzejmościach. 

Zostawił mnie w szpitalu jeszcze na kolejny dzień, na szczęście popołudniową zmianę miał inny lekarz. Oczywiście absolutnie nie śmiał podważać autorytetu ordynatora i oczywiście stwierdził, że 6 tygodni to olbrzymi ciąża. Zlitował się jednak nade mną i dostałam no spę w zastrzyku na bóle. Gdy zapytałam o farmakologiczne metody wspomagania obkurczania macicy powiedział, że nic takiego nie mogą dać bo mogą pójść do więzienia za aborcję :D To jest hicior, ale o tym później.

Wypuszczono mnie kolejnego dnia, część położnych z którymi rozmawiałam była za tym żeby zaczekać i wcale od razu nie łyżeczkować, jedna natomiast najbliższa lekarzom oczywiście powiedziała, żeby się zdecydować i nie męczyć. Jasne kurczę, tylko za powikłania po łyżeczkowaniu nikt później odpowiadać nie chce. Wrrrr...

Musiałam wytrzymać 3 dni, aż mój lekarz wróci z wyjazdu. Z duszą na ramieniu szłam do niego bo bałam się, że powie, że jestem głupia cipa i trzeba było się zgodzić. Na szczęście mój pan doktor powiedział, że bardzo dobrze, że się nie zgodziłam. Wszystko oczyściło się samo.
Dzięki temu w zasadzie od razu mogliśmy starać się o dziecko, po łyżeczkowaniu musiałabym czekać...

Przy okazji powędrowałam do mojej pani doktor pierwszego kontaktu, chciałam skierowanie na ogólne badania. No i wygadałam się co się stało. Okazało się, że pani doktor również straciła dziecko w dużo bardziej zaawansowanej ciąży. Jednak była oburzona zachowaniem lekarza, również nie słyszała o nim pochlebnych opinii, dodatkowo pierwsze jej pytanie " co on tam pani w tak wczesnej ciąży chciał łyżeczkować?". Sama powiedziała, że z łyżeczkowaniem można czekać, po co rozpychać szyjkę i że zna mnóstwo takich rzeźników, którzy taki zabieg potrafili robić nawet na żywca. Była konkretnie oburzona i choć z reguły jest dość oschła i zdystansowana tak tym razem pogadała ze mną naprawdę w porządku.

Po co Wam o tym wszystkim piszę?

To nie jest powód do wstydu, wiem, że nie miałam na to wpływu. Nie kryłam się i uczciwe mówiłam co się stało. Nikt nie zadawał pytań, ale też łatwiej ludziom zrozumieć dlaczego nie tryskasz humorem i nie masz ochoty na spotkania. Poza tym w wielu wypadkach oszczędziło mi to pytań " a kiedy dzidzia?". Bo te pytania bywają najgorsze, zawsze znajdzie się idiota, który musi zaglądać Wam do łóżka, mówiąc, że "zegar tyka" i trzeba brać się za dzieci. Za dzieci to się trzeba brać jak się tego chce i jest się na to gotowym, to nie jest żaden obowiązek i to, że ktoś nie jest na nie gotowy czy po prostu ich nie chce nie jest dla mnie czymś złym. Powiem wprost - wkurwia mnie to jak ludzie lubią narzucać swoje poglądy innym. U mnie w zasadzie tylko jeden znajomy tak wypalił więc rzuciłam mu między oczy moim poronieniem - może na przyszłość baran zastanowi się zanim zacznie komuś planować macierzyństwo.

Obecnie jestem w kolejnej ciąży, wiem, że może pójść różnie. Wiem, że żaden termin nie jest bezpieczny i że tak naprawdę cieszyć to się będę mogła jak urodzę zdrowe dziecko. Mimo wszystko chciałam wyrzucić to z siebie i pokazać Wam, że naprawdę lekarz nie zawsze ma rację i nie zawsze trzeba się zgadzać na jego fanaberie. Dla niego może być szybko, łatwo i wygodnie. I po sprawie. Ale konsekwencje dla Was wcale nie muszą być później najlepsze. Nie twierdzę, że łyżeczkowanie to samo zło - ale niech robią je wtedy gdy zachodzi konieczność. A nie hurtowo każdemu...

Polecam świetny live Mamaginekolog na fb właśnie m.in. o poronieniach KLIK.

To właśnie wspomaganie farmakologiczne jest najbardziej wskazanym, nie rozumiem dlaczego odmówiono mi go w szpitalu. Dodatkowo łyżeczkowanie może ( ale nie musi ) pozostawiać po sobie różne powikłania: zrosty, problem w narastaniu endometrium itp. Jestem rozżalona i jest mi przykro, że nadal zdarzają się lekarze, którzy są sto lat za murzynami. Którzy mili są tylko w prywatnym gabinecie. Zresztą na sali leżała ze mną dziewczyna, która chodziła prywatnie do ów lekarza ze szpitala. Włosy dęba stawały jak opisywała jak się wobec niej zachowywał.

Tak jak pisałam, nie oczekiwałam, że ktoś mnie będzie w dupę całował i latał koło mnie na paluszkach. Ale jak to moja pani doktor rodzinna powiedziała, to kobieta przeżywa traumę, stres i wielką stratę i nic nie tłumaczy zachowania lekarza. A najgorsze jest to, że jedna czarna owca kładzie cień na całym medycznym świcie, bo złe wieści jak dżuma rozprzestrzeniają się bardzo szybko, a te dobre - zupełnie odwrotnie.
Wiele osób tak bardzo narzeka na położne, a ja nie mogę na nie złego słowa powiedzieć. Owszem, sytuacja była inna, to nie był poród i opieka nad dzieckiem, ale każda była w stosunku do mnie ciepła i spokojna.

Wiem, że wiele z Was zdziwi się, że zdecydowałam się opisać tu swoją "ckliwą" historię. Coraz częściej jednak słyszę o fatalnych zachowaniach lekarzy, z którymi nic się nie robi. Ja też nie zrobiłam - nie poszłam na skargę, nigdzie tego nie zgłosiłam, stwierdziłam, że było minęło. Wiem jednak, że gdy przyjdą kolejne kobiety to potraktuje je podobnie albo gorzej. A to naprawdę odbiera chęci. Teraz już wiem, że w życiu nie pozwolę sobie na nic podobnego. Nie będę grzeczna i taktowna, tak jak od pacjentów wymaga się kultury tak samo i w drugą stronę nie powinno jej brakować. To lekarz jest dla Was a nie Wy dla lekarza. O tym warto pamiętać.

77 komentarzy:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  2. Przykro mi z powodu sytuacji, jaka miała miejsce u Ciebie. Niestety, są lekarze i "lekarze", niestety coś mi o tym wiadomo... Życzę zdrówka, spokojnej ciąży i zdrowego dzidziusia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Kochana, mimo wszystko napisałam to po to, żeby samą siebie utwierdzić w przekonaniu, że nie dam się tak więcej potraktować.

      Usuń
  3. Dużo przeszłaś :* Trzymam kciuki, żeby dam rady się udało, ale wiem jaki to stres dla Ciebie.

    Jak wiesz u mnie też się różne rzeczy działy. Mam za sobą 4 ciąże. Jedną obumarłą w 32 tygodniu, druga problematyczna, ale zakończona sukcesem, trzecia poroniona 2 lata temu. Nawet nie wiedziałam o niej - dostałam okres idealnie w terminie, ale trwał 2 tygodnie, okazało się że to ciąża co mnie zaskoczyło. Byłam łyżeczkowana, bo za mocno i za długo krwawiłam, więc lekarka bała się mnie wypisać do domu. No i z czwartej ciąży mam drugiego synka i zarazem drugiego wcześniaka.
    Teraz mamy z nim problem, w lutym mają być wyniki z poradni genetycznej, bo jest podejrzenie choroby genetycznej. Już nerwowo nie daję rady, jakbym jeszcze za mało przeszła .... no i znowu się popłakałam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Boże Kamila ja aż nie wiem co powiedzieć :( Jak przeczytałam, że straciłaś ciąże w 32 tygodniu to już było dla mnie szokiem bo na takim etapie każdy myśli, że już wszystko będzie OK. Bardzo Ci współczuję i to co teraz piszesz, aż odebrało mi mowę - mam jednak wielką, wielką, wielką nadzieję, że podejrzenie okaże się bezpodstawne. Wiem, że takie pocieszanie na niewiele się zda, ale ja po prostu będę najmocniej trzymać kciuki, żeby wszystko było dobrze. Czasami naprawdę aż nie chce się wierzyć, że człowiek musi tyle znieść.

      Usuń
    2. :* Musi i jakoś znosi, inaczej już dawno by mnie na świecie nie było, albo zaległabym do dzisiaj w łóżku po śmierci Kamilka.

      Usuń
    3. Ja naprawdę będę się za Was modlić, wiem, że to banalne, ale po prostu jak czytam o takich rzeczach to serce mi się kraje.

      Usuń
    4. Koleżanka straciła ciążę bliźniaczą początkiem 6 miesiąca. Bardzo długo starała się z mężem i po radości nastąpiła depresja. Nie jestem w stanie sobie wyobrazić jak ona się czuje...

      Usuń
    5. Pewnie tak jak każda matka, która traci dziecko. Myślę, że uczucia są bardzo podobne niezależnie od etapu choć w przypadku zaawansowanej ciąży myślę, że boli to dużo bardziej.

      Usuń
  4. Wybacz, ale inaczej nie mogę. Jak tylko przeczytałam o tym ordynatorze, to pomyślałam "kurwa, co za prostak!" Nie wiem co sama bym zrobiła w tej sytuacji ale tyle na ile się znam, pewnie gdybym trafiła na takiego buca, to co najmniej zaczęlibyśmy na siebie wzajem wrzeszczeć, albo i gorzej bo szału dostaję gdy takie kreatury rozstawiają ludzi po kątach. A już w tak delikatnej sytuacji to taki dupek powinien mieć więcej taktu i współczucia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No powiem Ci, że buc, prostak i cham to jedne z delikatniejszych określeń, mój tata, który jest wyjątkowo spokojnym człowiekiem, widząc jego zachowanie aż się trząsł.
      Teraz też mam ochotę krzyczeć, wrzeszczeć i normalnie żałuję, że wtedy byłam tak grzeczna i spokojna. Ale w tym stresie i nerwach chcesz zrobić wszystko jak najlepiej. Niestety aż żal, że tyle kobiet musi się przez niego nacierpieć.

      Usuń
    2. Rozumiem i naprawdę bardzo mi przykro, że w obliczu własnej prywatnej tragedii musiałaś na dodatek znosić kogoś takiego :( Tak w żadnym razie nie powinno być! Nigdy!

      Usuń
    3. W drugiej ciąży trafiłam do szpitala z odklejeniem kosmówki. Lekarz na ip powiedział: co ja poradzę, nie przykleję jej przecież. Finalnie jednak i jemu i mojemu lekarzowi prowadzącemu zawdzięczam, że mój syn żyje. Szybka reakcja, szybkie cięcie (w kolejnej ciąży cięcie było jeszcze szybsze na tyle, że operowali mnie na sali, na której nie robią cc)

      Usuń
    4. Ja wiem, że czasami zdarzają się jakieś złośliwości czy podśmiewanie z pacjentki ( co równiez wcale nie jest fajne, bo to że to jest PAN DOKTOR nie oznacza, że ty jesteś gorszym człowiekiem bo tak naprawdę nie wie kogo przed sobą ma, a z miejsca traktuje z góry ), ale póki nie przekracza to granicy dobrego smaku czy podniesionego tonu to naprawdę wiele idzie wytrzymać.

      Usuń
  5. Co za skurwysyn! Wybacz ale inaczej określić to się nie da. Głowa do góry i będzie dobrze! Musi być! ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ehhh sama nie wiem, że ja wtedy to przetrzymałam i nie wybuchnęłam... Dzięki Kochana.

      Usuń
    2. Kobieta jest w stanie wytrzymać wiele :)

      Usuń
  6. Nie mam ciążowych doświadczeń, ale bardzo Ci współczuję tego, co przeszłaś i trzymam kciuki, by tym razem wszystko było w porządku :) Mam natomiast sporo doświadczenia z lekarzami i szpitalami tak w ogóle, niestety czepiło się mnie wiele problemów. I fakt, lekarz ma być rzetelny i to jest najważniejsze, ale jednak jego podejście do pacjenta ma ogromne znaczenie. Dla większości osób wizyta u lekarza czy w szpitalu, zwłaszcza jeśli wiąże się z niepokojącymi objawami, to stresujące wydarzenie i w takich momentach ludzkie podejście z chociaż odrobiną zrozumienia jest moim zdaniem bardzo ważne. Bardzo cenię sobie lekarzy, którzy mają w sobie trochę życzliwości wobec pacjentów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację, pamiętam jak przyjechała do mnie karetka bo mi się załączyły problemy z sercem. Byłam w szoku, że lekarz był konkretny, ale bardzo spokojny, uprzejmy, siedział ze mną kupę czasu i dzięki niemu nie wylądowałam w szpitalu. Potem się okazało, że to jakiś bardzo wysoko postawiony lekarz pracujący w szpitalu wojewódzkim z tytułami i 3 specjalizacjami... Najgorsi są chyba tacy co to w życiu nic nie osiągnęli i swoją niekompetencją wyżywają się na pacjentach.

      Usuń
  7. A ja, znając swój ostry charakter, nie zostawiłabym tej sprawy od tak. Ale łatwo mi mówić... Nigdy nie byłam w ciąży, póki co nie planuję. Po takiej stracie na pewno nie w głowie by mi były jakieś niewyjaśnione, stresujące historie z takim konowałem.
    Dziękuję Ci za ten wpis. Naprawdę. Otworzył mi oczy na pewną, życiową kwestię. Na to, co w życiu jest ważne... Podziwiam za siłę. Nie p
    poddawaj się nigdy.

    Będę trzymać kciuki za Twojego Dzidziusia i Ciebie. Daj od czasu do czasu znak, że wszystko jest dobrze... Choćby na IG. Chociaż pewna jestem, że tak będzie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Teoretycznie też nie należę do osób podkulających ogon i jestem typowym cholerykiem, ale ta sytuacja mnie przerosła. Chciałam tylko jak najszybciej wrócić do domu.
      Naprawdę wahałam się czy w ogóle o tym pisać, ale czasami kobiety są karmione jakimiś mrzonkami, w życiu nie spodziewałam się do poronień dochodzi tak często dlatego mój szok był tym większy, czułam się jak jakiś wyrzutek i nie rozumiałam dlaczego akurat mi się to przytrafiło.

      Dzięki Kochana, bardzo mi miło, kciuki bardzo potrzebne :*

      Usuń
  8. Chamskich lekarzy niestety nie brakuje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem, nie należę do tych przewrażliwionych, ale na takie coś nie byłam przygotowana.

      Usuń
  9. Co za prostak!Niektorzy to nie maja za grosz taktu...
    Gratuluje kochana,cieszę sie razem z tobą i będę sie modlić by wszystko było dobrze!!!
    Ja byłam dzis u mojego gina,miałam robione badania hormonalne i dxis byłam na rozmowie...całe popołudnie juz płacze,mam zły poziom hormonów,powiedział ze go nie dziwi ze nie moge zajść w ciąże.teraz będzie mi robił badania na tarczyce bo wynik jest nie dobry ,i podejrzewa haschimoto i będzie badał poziom amh w jakim stanie są jajniki.powiedzial ze nie mam sie martwic( łatwo powiedzieć) i ze wszystko będzie dobrze a ja sie czuje dzis hak wrak człowieka .
    Całusy kochana ����Ania

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochana trzymam za Ciebie mocno kciuki. Wiem, że to dołujące, moja kuzynka też stara się o dziecko i wiem, że też właśnie o problemu hormonalne się rozbija. Zawsze strasznie trzymam kciuki i ciągle czekam na tel z informacją, że się udało bo wierzę, że wszystko uda się wyrównać. Tak samo Aniu mam nadzieję, że i u Ciebie się uda. Trzymam mocno kciuki.
      Buziaki :*

      Usuń
  10. No to swoje przeszłaś. Chyba najgorsi są właśnie tacy lekarze co od lat okupują szpitale i traktują je jak swoje folwarki. Ja niestety też mam złe doświadczenia. I przykre bardzo. Co prawda nie z ginekologii. Właśnie tacy panowie przekonani o swojej nieomylności robią potworne błędy medyczne. I uchodzą im one na sucho. Bardzo bliska mi osoba nie została przyjęta do szpitala dwa razy. Młody, "zdrowy" nie ma potrzeby. Jak jest anemia to podamy krew i do domu. Za trzecim razem zrobili badania, bo przywiozła go karetka i były całkiem dobre. Niestety tylko w tym szpitalu. Wycieczki personalne oczywiście też były. No bo skoro młody i "zdrowy" to pewnie z piwkiem przesadza. A on nie przesadzał. Po kilku miesiącach ten młody, rzekomo "zdrowy", był już na drugim świecie. Spotkałam się też z innym lekarzem, który wezwany do konsultacji odrzekł, że on nie ma czasu na konsultowanie "beznadziejnych przypadków". Tak prosto z mostu. Co się będzie cykał, czy kimś przejmował. Szkoda słów. Strasznie odchorowałam ten czas. Nawet przy agonii nie było ludzkiego traktowania. Najpierw przejścia z załogą karetki i straszenie wysoką opłatą jak pacjent umrze w karetce. To co, że krwotok i ból? Oni nie są od pacjentów onkologicznych. Jak umrze w karetce to będziemy płacić kilka tysięcy kary. Potem przepychanki w szpitalu. Bo dlaczego w tym szpitalu? Miejsca nie ma! Żaden oddział nie chce przyjąć. Do hospicjum trzeba, ale tam też nie ma miejsca. Zresztą, pacjent nie nadaje się do transportu. Po co więc ten dialog? Do dziś nie wiem...To była chyba fanaberia tak wezwać karetkę, ale ja nie miałam tej świadomości. Czułam się bezradna. Ok, zabieramy go do domu skoro krwotok zatamowany. Nie wolno! To agonia, nie mogą dać karetki. Osobowym nie byłyśmy w stanie, bo stracił już przytomność. W końcu się zlitowali. Jeden z ordynatorów się zgodził. Chyba powinnam mu podziękować, ale zupełnie o tym nie myślałam. Ja pierniczę...Dali nam osobny pokój. O 45 minut była ta awantura...Kilka chwil zaledwie. Jak sobie to przypominam to sama sobie nie dowierzam. Słyszy się o takich przypadkach, ale przejść to samemu...Nikomu nie życzę. Widziałam też jak się w szpitalach traktuje starszych ludzi. Coś okropnego. Nie ma znaczenia czy to lekarz, czy pielęgniarka, czy salowa. Opryskliwość i lekceważenie to niestety norma.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Boże jak się to czyta to naprawdę aż wierzyć się nie chce. W ogóle ta ciągła spychoterapia mnie przeraża. Bo młody to na pewno zdrowy i przesadza. U nas po prostu bardzo późno diagnozuje się wiele chorób, ale nie tylko dlatego, że ludzie późno zgłaszają się do lekarza. Często idą i mówią, że brzuch, że głowa... dostają jakieś uniwersalne leki, a nikt nie chce się pokusić nawet o to żeby dać skierowanie na badania. Wiem, że to nie jest rutyna i że jest wielu wspaniałych lekarzy bo i tego doświadczyłam. Niestety zbyt często pacjenci są po prostu olewani. A gdy już trafiają do lekarza to odziera się ich z godności, nie wiem czy w pogoni za kasą tak bardzo zatraciło się w nich człowieczeństwo? Moja mama przez ponad 20 lat pracowała jako pielęgniarka-dyspozytorka i ratownik medyczny. Miała do czynienia z różnymi przypadkami i mimo tego, że śmierć, wypadki i ludzkie tragedie były dla niej codziennością to zawsze po takim dyżurze wracała przybita. Niestety takie osoby są wysmiewane i wyzywane od przewrażliwieńców bo teraz bardziej trendy jest być oschłą, zimną suką...

      Usuń
    2. Późno diagnozują, bo lekarze są niedouczeni niestety. Połową sukcesu jest trafić na takiego, który myśli. My niestety trafiliśmy za późno. Były dwie mylne diagnozy. Dopiero trzeciego zaniepokoiła nawracająca anemia i...zwrócił uwagę na przeszłość chorobową rodziny.I był w szoku, że nikt wcześniej tego nie zrobił. Niby sprawa oczywista. Ja mam w rodzinie trzy pielęgniarki, miałam też lekarza, ale takiego traktowanie ani przez chwilę się nie spodziewałam. I przyznam, że to był spory szok. Nie opisałam wszystkich, bo to byłaby księga zażaleń. Niedouczenie to jedna sprawa, a druga, że personel medyczny nie wie, że pracuje w sektorze usługowym. Człowieczeństwa nawet nie wymagam, choć byłoby mile wdziane. Ktoś im to powinien w końcu uświadomić. Ale pewnie długo to nie nastąpi i nadal będą deptać godność pacjentów. W ten feralny dzień czekałam jeszcze na akt zgonu. I taka zapłakana, w szoku, byłam świadkiem jak się pielęgniarki kłóciły, która ma "to" sprzątnąć. Zreflektowały się, że wiem o czym mówią i że jestem z rodziny. I to była właśnie taka kropka nad "i" tej historii i moich doświadczeń.

      Usuń
    3. Dobrze ujęte - trafić na kogoś kto myśli i kto nie bagatelizuje.
      Ponadto tak jak piszesz to jest sektor usługowy, to oni są dla chorego, a nie chory dla nich. Niestety idąc do lekarza masz czasami wrażenie, że idziesz do króla na audiencję. Już na wstępie traktuje Cię jak upierdliwą muchę, która pobzykuje natrętnie i już jak najszybciej chciałby się jej pozbyć. Nie mówię, że zawsze bo gdy miałam epizod onkologiczny to część lekarzy była dla mnie wspaniała. Doktor, który pod USG pobierał mi biopsję był tak uprzejmy, delikatny i żartujący, że aż w szoku byłam, że tak można. Natomiast pan chirurg onkolog oznajmił mi "może miała pani tego raka może pani nie miała - poczekajmy zobaczymy".
      Jeśli ktoś świadomie decyduje się na taki zawód to naprawdę czasami to jedno dobre słowo czy zwykła uprzejmość potrafi dodać pacjentowi otuchy i odwagi, niestety mam wrażenie, że niektórym sprawia wręcz przyjemność gnojenie, pokrzykiwanie i poniżanie " och bo pacjenci są tacy irytujący i oczekują cudów". Nie - czasami po prostu szczerej, merytorycznej rozmowy.

      Usuń
    4. Moj mąż miał zapalenie opon mózgowych, a lekarz kazał wziąć tabletki przeciwbólowe i iść do domu.no bo przecież młody,wyglądał na okaz zdrowia.szkoda słów.

      Usuń
  11. ...i właśnie dlatego boję się lekarzy ! Bardzo Ci współczuję... Mam nadzieję, że w przyszłości już nie trafisz na takiego prostaka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem, że może potwierdziłam teorię o złej służbie zdrowia, wiem, że nie każdy lekarz taki jest, ale po prostu po tym co przeszłam dalej nie mogę uwierzyć w to jak można być tak zwyczajnie podłym.

      Usuń
  12. Żadne słowa pocieszenia nie zlikwidują takiej traumy. Już zawsze będzie się inaczej i z niepokojem patrzyła na lekarza. Matko, kiedy w tym kraju będzie normalnie?.........

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wierz mi chyba nie ma dnia żebym o tym nie myślała, straszną agresję to we mnie budzi.

      Usuń
  13. Bardzo dobrze, że to napisałaś. Nie można przemilczać takich tematów. Tymczasem zdrówka i trzymam kciuki za pomyślne rozwiązanie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasami trzeba się wygadać, być może pomoże to komuś innemu. Nie można zawsze zamiatać wszystkiego pod dywan w imię dziwnie pojętego wstydu.

      Usuń
  14. Przykro mi, że spotkała Cię taka sytuacja. Sama niedawno urodziłam córeczkę, która jest wcześniakiem ale zdrowa i śliczna. Moja ciąża od początku była zagrożona i trudna. Pierwszy raz trafiłam do szpitala w 11 tygodniu, lekarze nie powiedzieli mi że mogę poronić ale dzięki leczeniu po kilku dniach wróciłam do domu. w 20 tygodniu w ciężkim stanie znów znalazłam się na oddziale i wtedy usłyszałam, że moje dziecko jest za małe żeby je ratować i nie mogą nic zrobić i mam wrócić do domu. Załamałam się wtedy, ale po dwóch dniach wróciłam na oddział i nie pozwoliłam się wyrzucić oraz zażądałam leczenia szpitalnego. Zostałam przyjęta i po trudnym leczeniu udało mi się utrzymać ciąże. Do końca musiałam się oszczędzać i leżeć aby donosić. W 36 tygodniu po wizycie kontrolnej zostałam skierowana na natychmiastową cesarkę do innego miasta, oczywiście szpital nie chciał mnie przyjąć i dopiero po 6 godz udało się znaleźć placówkę która mnie przyjęła. Po licznych badaniach odmówiono cesarki i zostałam na obserwacji. Dwa dni później naturalnie urodziłam Milenkę. Mimo wielu zmartwień i stresu happy end nas spotkał.

    Życzę Ci wszystkiego najlepszego i oby wszystko teraz było dobrze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I powiedz mi - gdyby nie Twój upór to mogłoby się skończyć tragedią. Ja nie pojmuję tego, że u nas się nie walczy. Jak to mi powiedziano " nie podtrzymujemy bo nie wiemy co byśmy podtrzymywali". Kurczę, czyli najlepiej od razu skreślić, pozbyć się i nie próbować. W dzisiejszych czasach ( może po prostu więcej o tym mówimy), ale praktycznie każda ciąża jest problematyczna. Ja jeszcze nie miałam wokół siebie osoby, u której przebiegałaby książkowo i bez komplikacji. Tym bardziej więc lekarze powinni być na to wyczuleni. A nie walić teksty " młoda jesteś, jeszcze kiedyś Ci się uda". A jak się nie uda? Jak można nie walczyć i nie próbować, to jest wstyd żeby pacjentka musiała się prosić o leczenie.

      Dziękuję Ci Kochana.

      Usuń
    2. O zajście w ciąże długo walczyłam. Był problem z hormonami a leczenie go tylko pogłębiło i dodatkowo w 2 miesiące przytyłam 20 kg! Do dzis próbuje to zrzucić a doszły kg po ciąży. Wracając do tematu, po nieudanym leczeniu wszystko odstawilam i postanowiłam czekać i tak po ponad roku udało mi się zajść w ciąże. Teraz wiem ze nie można się poddawać i należy walczyć o swoje marzenia.

      Usuń
  15. W Polsce z tym lyzeczkowaniem to juz im sie pokrecilo w glowach. Mieszkam w UK i tutaj jest inne podejscie w medycynie, nie tylko w teh konkretnej kwestii, stawia sie na nature. W przypadku poronien kobiety maja wybor : naturalnie, farmakologicznie(podaja tabletke by przyspieszyc oczyszczanie macicy) lub chirurgicznie(lyzeczkowanie) ale namawia sie na te 2 pierwsze metody. A madry pan doktor to moze juz na emeryturke powinien sie udac bo podejscia to on nie ma.(Sorry nie mam polskich znakow)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie wiem, że w UK inaczej do tego pochodzą. Każda służba zdrowia ma swoje plusy i minusy, nie mówię, że u nas jest najgorzej, ale postępowanie wyczekujące w małych szpitalach to absurd. Chcą jak najszybciej "pozbyć się problemu". I to straszenie, że nie będzie się miało dzieci... Ja znam dwie dziewczyny po łyżeczkowaniu, które właśnie za sprawą powikłań nie mogą zajść w ciążę. Owszem, wiem że często jest konieczna bo przedłuża się krwawienie, bo poronienie jest zatrzymane i nie można go wywołać itd. ale u nas jest zero nowoczesnych metod. Na emeryturę podejrzewam, że już by spokojnie mógł przechodzić.

      Usuń
  16. Sama nie poroniłam, ba nawet nie mam dzieci, ale zawsze jak słyszę takie historie mam łzy w oczach. Dla mnie ciąża to czas magiczny. Pełen radości. Moja ciocia poroniła w 2 miesiącu. Każdy już wiedział, ze jest w ciąży. I takie tłumaczenia, no bo się nie udało, no bo coś tam. To jest najgorsze :(

    Trzymaj się kochana :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dużo rzeczy idzie przetrzymać i zrozumieć, ale u nas to jest jakiś dziki temat tabu i społeczeństwo jest zupełnie nie przygotowane na takie tematy. A potem zdarzają się komentarze " nie martw się zrobicie sobie następne". Nawet już czasami nie wiem jak to komentować.

      Dzięki serdeczne.

      Usuń
  17. Bardzo dobrze, że wszystko z siebie wyrzuciłaś!
    Wiesz, mieszkam na cholernym zadupiu, pomiędzy Białymstokiem, a Ełkiem, w moim najbliższym miasteczku Mońki, lekarze są straszni! W 2014 roku dowiedziałam się o ciąży, na USG u jedynego dobrego lekarza na NFZ, było pięknie widać ciążę - 4 tydzień.
    Krwawiłam. Pojechałam do szpitala w tymże miasteczku. Lekarz wyglądający na 90 lat, ledwo lezie i coś pierdoli, że nie ma ciąży, na USG też nic nie ma. Albo już po prostu nie ma jej. Wkurwiłam się! Odmówiłam pobytu w szpitalu, odmówiłam dziwnych lekarstw, które wywołają poronienie. Pojechałam do domu - pomyślałam że co będzie to będzie ale wśród tych idiotów nie zostanę! I tak urodziłam zdrową córę.
    Oczywiście musieliśmy odłożyć pieniądze bo zdecydowaliśmy że najlepiej będzie jechać prywatnie rodzić.
    Wiele w życiu przeszłam i duszę to w sobie. Nie mam z kim porozmawiać i czuję jak to narasta.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak czytam coś takiego to ręce opadają! No i z braku ciąży urodziłaś córkę? No po prostu chciałoby się takiego lekarza zdrowo trzepnąć przez łeb, siedzą, grzeją miejsca na ciepłych posadkach, zamiast iść dawno na emeryturę i zwolnić miejsce komuś młodszemu komu będzie się chciało leczyć. Czasami weterynarz ma więcej serca do rodzącej krowy niż ginekolog do pacjenta.
      Ja długo się zastanawiałam nad tym czy w ogóle o tym pisać. Ludzie są czasami jak nietoperze - nie dowidzą, nie dosłyszą a wszystkiego się czepiają. Nie zawsze wszystko da się zdusić w sobie, czasami naprawdę trzeba się wygadać dla własnego zdrowia psychicznego.

      Usuń
  18. Przykro mi, trzymam kciuki za obecny czas!

    Co do łyżeczkowania dopóki u nas w pobliskim szpitalu był oddział było ono robione notoryznie, bratowa miała wykonywane je 2 - 3 razy i nigdy jej nie wspomniano, że można inaczej. a położne? jedna fajna reszta sukowata bo jak mówiły 'najpierw dzieci robią a potem znieczulenie chcą' to sorry, na szczęście nie ma już oddziału bo za dużo skarg było i smuteczek bo najbliższy kilkanaście km ode mnie buu

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na razie nie zastanawiam się jeszcze "co dalej", ale gdyby trafiła mi się podobna sytuacja to na bank nie pojadę do szpitala w moim mieście. Najgorsze jest to, że ja jechałam z nadzieją, że da się uratować...

      Usuń
  19. Na temat lekarzy i położnych nie będę mówiła...
    Moja ciąża przebiegała prawidłowo. Niestety od początku rósł mi wskaźnik, że w organiźmie jest jakiś stan zapalny. Gin wysłał mnie do internisty, a ten do laryngologa. Wg badań wsio OK więc nie wiadomo skąd stan zapalny. Do szpitala trafiłam bo odeszły mi wody płodowe. Rodziłam SN, a jak się okazało z powodu brudnych wód powinnam mieć CC. Jak sie okazało w tym szpitalu robią CC tylko wtedy gdy dziecko jest ułożone pośladkowo lub poprzecnie... z tego powodu zamiast cieszyć się pierwszymi chwilami życia mojego skarba i sama dochodzić do zdrowia po porodzie musiałam jeździć do Kliniki Patologii Noworodka i najważniejsze chwile gdzie dziecko nawiązuje więź z matką zostały mi odebrane. Maleństwo zabrałam fo domu po przeszło 2 tygodniach pobytu w KPN. To było straszne. Na oddziale po porodzie też nie było lepiej. Niestety poród i pobyt w szpotalu po nim to dla mnie straszny czas :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Normalnie nie ogarniam czegoś takiego jak robienie CC tylko gdy dziecko jest ułożone inaczej. Owszem, chciałabym rodzić SN, ale nie uważam, że CC to coś gorszego, mniej wartościowego. Jeśli są wskazania to jak można narażać matkę i dziecko w imię jakichś chorych idei.
      Ile można zaoszczędzić nerwów i cierpienia gdyby niektórym osobom chciało się po prostu chcieć.

      Usuń
    2. moja przyjaciółka miała robioną CC ze dwa tygodnie przed spodziewanym rozwiązaniem, bo łożysko nie przesyłało dziecku wystarczającej ilości pożywienia. tak więc czasem są wskazania i lekarze się nie wahają

      Usuń
    3. Mi chodziło o ten konkretny przypadek o jakim pisała Syla i o jej szpital. Ja wiem, że CC są praktykowane, w niektórych szpitalach nawet zbyt często. Chodzi o to, że nie wszędzie trafia się na dobrego lekarza, czasami naprawdę ciężko nazwać taką osobę bo ratownik medyczny miewa o wiele większą wiedzę o czym rzadko się mówi.

      Usuń
  20. kochana bardzo dobry tekst i niestety bardzo mi bliski. Ja w podobnej sytuacji byłam 4 razy... jedynym plusem tak przykrego wręcz dramatycznego wydarzenia jest to, że mój kontakt z lekarzami był bardzo pozytywny, ale to głównie dlatego, że byli to "znajomi" i żadnemu nawet przez myśl nie przyszło zmuszać mnie do czegokolwiek lub wydzierać się. Bardzo jest mi przykro, ale nie będę Ci współczuć, bo sama tego nie chciałam. Życie toczy się dalej i niestety lub stety musimy zaakceptować to co nas spotkało. Życzę Wam żeby ta ciąża zakończyła się o czasie i żeby Wasza radość z narodzin zdrowego bobasa była ogromna. Ja niestety tego nie doświadczę, ale za Ciebie i maleństwo mocno, mocno trzymam kciuku ;*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przykro mi to słyszeć, nie wiedziałam i fakt - tu nie o współczucie chodzi. Właśnie dlatego zdecydowałam się o tym napisać, że u nas po prostu nie mówi się o tym, wszyscy milczą w dziwnym poczuciu wstydu, porażki... A potem osoba taka jak ja jest w ciężkim szoku bo wydaje jej się, że nikt wokół nie przeżył czegoś podobnego. Zastanawiałam się dlaczego ja, co poszło nie tak, a potem okazuje się, że problem jest bardzo częsty i nie jestem jakimś dziwolągiem czy odmieńcem.
      Dziękuję Ci Kochana i naprawdę sama jestem pełna nadziei, że tym razem się uda.

      Usuń
  21. Martuś to okropne co przeszłaś! Ale dobrze, że chcesz o tym pisać. Pewnie jest sporo kobiet, które przeszły podobne horrory, a nie miały z kim o tym pogadać, komu się zwierzyć - to dopiero musi być okrutne, przeżywać taką tragedię z samym sobą w czterech ścianach.
    Czy mogę udostępnić Twój post?
    Najdziwniejsze jest to, że generalnie poronienia się zdarzają, tak jak napisałaś w tytule, to nie jest jakiś tam minimalny odsetek ciąż. To jest 25%. Co czwarta ciąża. I ja wiem, że dla lekarzy to "norma" - jak wycięcie wyrostka. Ale dla kobiety to często koniec świata. Nie rozumiem bezduszności służby zdrowia, nie rozumiem jak można tak traktować kobietę, która traci dziecko. Wiesz, że ja nie jestem jakaś bardzo "dzieciata", ostatnio coś tam mi przez myśli przebiega ale właśnie tego typu historie, strach o mój wiek, o powikłania i największy chyba - o poród - sprawiają, że nadal nie mogę podjąć decyzji...
    Trzymam za Ciebie, za Was kciuki, żeby tym razem już wszystko było dobrze :*
    / kasiaj85

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz Kasiu, ja kiedyś, dawno temu usłyszałam od koleżanki jak osoba ze starszego pokolenia poronienie określiła " no zmarnowała". Tak jakby to była wina kobiety. Sądzę, że u nas zdecydowanie nadal dominuje poczucie winy, wstydu i niezrozumienia dla tej sytuacji mimo, ze dotyka tak wiele kobiet. O tym się po prostu milczy, nie mówi no bo wiesz, to takie niesmaczne? Ja byłam w tak ciężkim szoku, że w zasadzie nic do mnie nie docierało, myślałam, że jestem jakimś odmieńcem. Dopiero po czasie zaczęłam czytać, że dotyka to wielu kobiet i właściwa opieka i traktowanie może po prostu ułatwiać a nie utrudniać przechodzić przez to.

      Jeśli masz życzenie to udostępnij, nie uważam, że jest jakoś wyjątkowo wspomagający, ale może coś komuś uświadomi. Wiesz są ludzie, którzy lubią się karmić czyimś nieszczęściem i są tacy, którzy wyciągną coś z tego dla siebie.
      Ja też nie należę do tych, które biegają za każdym maluchem. Owszem chcę, bardzo chcę bo czuję, że do tego dojrzałam, mam też świadomość tego, że czas ucieka. Ja jestem dzieckiem starszej jak na tamte czasy mamy bo rodziła mnie w wieku 34 lat. Domyślam się, że się boisz bo ja też bałam się i boję każdego etapu o czy podołam. Trzymam jednak kciuki za Twoją decyzję i mam nadzieję, że jeśli się zdecydujesz to wszystko ułoży się dobrze.
      Dziękuję Ci za dobre słowa i ściskam mocno.

      Usuń
  22. trzymam kciuki za obecną ciążę :*

    ja w grudniu również straciłam około 6 tygodniową ciążę (mam już trzyletnią córeczkę, to była druga ciąża), ale była potwierdzona jedynie testem na mocz; do lekarza nawet nie zdążyłam się wybrać zanim przyszło krwawienie, jednak za radą mamy (byłej pielęgniarki) nie pojechałam od razu do szpitala, a jedynie po krwawieniu poszłam się zbadać, by zobaczyć, czy macica się całkowicie oczyściła. lekarz mi powiedział, że najprawdopodobniej zarodek się nie zagnieździł, i że to spotyka około 1/3 kobiet. strasznie żałuję, ale natura wiedziała lepiej i tego się trzymam, mając nadzieję, że niedługo się uda :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No ja później bardzo żałowałam, że pojechałam bo tak jak lekarz pierwszego kontaktu powiedziała " po co oni w ogóle panią w szpitalu trzymali"... No po to żeby do łyżeczkowania zmusić. Ja jechałam z myślą, że może uda się uratować tym bardziej, że mój lekarz był tego samego zdania, że to może jakiś krwiak, naczynko albo coś innego i że to wcale nie musi oznaczać najgorszego. Myślę, że gdyby oszczędzono mi tej części "medycznej" to łatwiej bym to wszystko zniosła.

      Usuń
    2. jakkolwiek strasznie to brzmi, mi coś mówiło, że ta ciąża się u mnie nie utrzyma, bo w ogóle nie czułam zagnieżdżania, a w pierwszej ciąży czułam bardzo wyraźnie, jak i miałam podwyższoną temperaturę ciała, a tym razem tego nie było... liczyłam się z tym, dlatego nie spanikowałam, kiedy zaczęłam krwawić. poszłam poczytać, czy przy tak wczesnym poronieniu trzeba iść na jakiś zabieg, pogadałam z mamą o zostałam w domu. wiedziałam, że na tym etapie ciąż się nie ratuje.... zresztą co by lekarze mieli zrobić, skoro mi się zarodek nie zagnieździł?

      Usuń
    3. Ja w dniu kiedy to się stało czułam się dziwnie, nawet powiedziałam w pracy, że chyba mi objawy mijają, ale dziewczyny uspokoiły mnie, że nie każda ma mdłości itd. Ponieważ USG pokazało ciążę, a ja jakoś wtedy nie wzięłam sobie słów doktora zbytnio do serca to byłam w szoku. Tym bardziej, że sam kazał jechać do szpitala i chyba miał nadzieję, że krwawienie nie oznacza tego co oznaczało. Zresztą jak dziewczyny tu piszą, mówiono im, że nie ma ciąży, albo nie da się uratować, a potem rodziły zdrowe dzieci. Ja nie czepiam się o to, że mi lekarze w szpitalu ciąży nie uratowali - wiem, że widocznie nie rozwijała się prawidłowo i dlatego zagrażała natura. Nie oznacza to jednak, że ktoś ma na mnie krzyczeć i mnie poniżać jakbym była 14 latką z wpadką. Ba! Każdemu nawet 14latce z wpadką należy się szacunek jako człowiekowi. Nie akceptuję chamstwa w żadnej postaci i najgorsze jest to, że ich wykształcenie, wiedza czy inteligencja nie mają nic wspólnego ze zwykłą kulturą.

      Usuń
    4. oczywiście, z tym się zgadzam. szacunek i humanitaryzm to podstawa

      Usuń
  23. Kochana, na pewno ten ostatni czas był pełen nerwów. Bardzo mi przykro z powodu stracenia ciąży. Dobrze, że o tym napisałaś. Dziękuję za ten tekst. Macierzyństwa nie planuję na razie, ale warto wiedzieć takie rzeczy.
    Bardzo mi przykro, że oprócz takiego ciężkiego wydarzenia, jakim bez wątpienia jest strata ciąży musiałaś natknąć się na niedelikatność (to mało powiedziane) w szpitalu. To nie do pomyślenia!
    Trzymam kciuki, aby teraz wszystko potoczyło się zgodnie z planem! Wszystko będzie dobrze! :)
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Kochana, zebrałam się żeby o tym napisać bo może komuś ten tekst pomoże. U nas tak mało się o tym mówi, a kobiety czują się zagubione szczególnie jeśli zafunduje się im "dodatkowe" atrakcje w szpitalu.

      Pozdrawiam cieplutko.

      Usuń
  24. Bardzo mi przykro z powodu tego, co ciebie spotkało. Ten wpis jednak utwierdził mnie jeszcze bardziej w przekonaniu, że już dawno skończyły się czasy, kiedy lekarz uważany był przez nieoświecone społeczeństwo za cara i boga i jakiekolwiek sprzeciwianie się mu było nie do pomyślenia. Lekarz jest takim samym człowiekiem jak każdy inny - bywa omylny, miewa swoje humory. a my nie musimy się zawsze z nim zgadzać i przede wszystkim godzić na złe traktowanie.
    Trzymam kciuki za Ciebie i Twoje dzieciątko :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja naprawdę wiele jestem w stanie zrozumieć i naprawdę nie oczekiwałam na uprzejmości, klepanie po pleckach i pocieszanie mimo, że lekarze, z którymi później rozmawiałam byli oburzeni totalnym brakiem empatii. Chodzi jednak o to, że już i tak w obliczu stresu i szoku nie dokładać dodatkowo trosk i przykrości. Nie wiem jak krzyki, złośliwości i kompromitowanie pacjenta przy innych może sprawiać satysfakcję. Widać miernemu lekarzowi takie rzeczy muszą wystarczyć :/

      Dzięki serdeczne :*

      Usuń
  25. Tak, też to przeszłam. W 10 tygodniu dowiedziałam się, że ciąża obumarła ze 2 tygodnie wcześniej. Wiedziałam co prawda, że miałam problemy, różne poszlaki na to wskzywały, że może nie być dobrze, ale i tak był to dla mnie szok.

    Całe szczęście pobyt w szpitalu wspominam zupełnie inaczej niż Ty - może nikt po główce nie głaskał, bo takie sytuacje jak piszesz się zdarzają, ale pełen szacunek i wsparcie. Obyło się bez łyżeczkowania i super - 2 miesiące później ponownie zaszłam w ciążę, a teraz jestem już w 16 tygodniu.

    Co prawda mam wrażenie podobne jak Ty - że my, kobiety, które przez to przeszły, aż do samego porodu do końca teraz nie wierzą w to dziecko i w to, że wszystko będzie dobrze, jakoś tak gorzej mi teraz cieszyć się ciążą, a na gratulacje to zazwyczaj reaguję, że to jeszcze za wcześnie. No nic :) Powodzenia Tobie życzę tym razem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ta szpitalna trauma sprawiła, że naprawdę ciężko było mi się pozbierać. I choć szybko wróciłam do pracy, nie chciałam dalszego zwolnienia itd. to zarówno fizycznie jak i przede wszystkim psychicznie było kiepsko.

      Dokładnie tak jak piszesz, wtedy była euforia i wielka radość, teraz to aż głupie ale naprawdę nie okazuję radości, nie staram się opowiadać, przy gratulacjach zachowuję się dokładnie tak jak Ty. Boję się znów nastawić na termin, imiona i układanie przyszłości. Po prostu się boję.
      Mam jednak nadzieję, że się uda i tak samo ściskam kciuki za Ciebie :)

      Usuń
  26. Jejku Kochana, bardzo Ci współczuję. Bardzo boli mnie to,że lekarze nie zważają na uczucia drugiego człowieka, że traktują nieludzko. Nie ma żadnego wsparcia psychologicznego, nawet na porodówkach, gdy zdarza się,że kobieta rodzi martwe dziecko, leży na tej samej sali, z tą, która urodziła żywe. To wszystko jest tak przykre dla kobiet. Nikt nie myśli co czują, jak można czuć się "zgwałconym psychicznie". Moja przyjaciółka miała bardzo przykre sytuacje, gdy rodziła : badania na korytarzu ogólnodostępnym, brak prywatności, intymności...brak szacunku do kobiety. To norma. Zmuszanie do naturalnego porodu, pomimo badań usg wskazujących na przeciwwskazania. No po prostu straszne... coś powinno się wreszcie zmienić!
    Mam nadzieję Kochana, że tym razem wszystko pójdzie dobrze. Trzymam za Was kciuki! Sami z mężem planujemy zacząć starania o dziecko... jednak ja jeszcze odwlekam - nie to,że nie chcę, ale jakoś boję się zdecydować. Życzę Ci dużo zdrówka i mam nadzieję,że już więcej nie będziesz musiała mieć styczności z tym lekarzem=chamem ;/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A potem jest zdziwienie, że kobiety nie chcą rodzić. Tu żadne 500 plus ani inne cuda nie pomogą jeśli kobieta rodzi jedno dziecko i mówi never ever. Nie każdego stać na prywatny poród z prywatną położną. Przecież naprawdę nie urwałyśmy się z choinki i nikt nie oczekuje, że lekarz będzie koło niego skakał i głaskał po głowie, ale to co piszesz - badanie na korytarzu to zwyczajnie brak szacunku. Nie ma dla mnie wytłumaczenia na takie procedery.

      Dziękuję Ci Kochana, naprawdę mamy nadzieję, że tym razem się uda.

      Usuń
  27. ja łącznie brałam tabletki antykoncepcyjne przez ok 9 lat. nadal nie czuję się gotowa ani nawet nie mam pewności czy chcę mieć dziecko. Tobie oczywiście życzę szczęśliwej rodziny

    OdpowiedzUsuń
  28. Przykro mi z powodu pierwszej ciąży a trzymam kciuki za druga ..., nie wazne co bedzie byleby było zdrowe .. ATacy pseudo lekarze co pozjadali wszystkie rozumy sa wszedzie nawet za granica moj znajomy uczył sie na chirurga przy obchodzie powiedział profesorowi ze mozna pacjenta leczyc inna metoda krótszy pobyt w szpitalu itd i w ciagu 20 minut musiał sobie szukać nowej praktyki i nowego profesora a to wszystko na medycznym uni w Niemczech i z drugiej strony lekarz pierwszego kontaktu ktory po dniu wyjścia ze szpitala pacjenta zmienia mu cslkowicie leki ( choc nikt go o to nie prosił ) u pacjenta pojawia sie alergia na leki i to tez wszystko w de a co do poronień jest duzo kobiet ktore tez poroniły ciaze kazda to boli i kazda wymaga indywidualnego podejścia zrozumienia spokoju i potrzebuje czasu a sa przypadki gdzie pomocy psychologa wszystko zależy od indywidualnej sytuacji natomiast tego pana doktorka to napisałabym zażalenie do izby lekarskiej a potem odwiedziła z kijem do bejsbola buziaki Gosia

    OdpowiedzUsuń
  29. Masakra, aż się włos na głowie jeży, jak się czyta to, jak sie zachował lekarz w stosunku do Ciebie i zaistniałej sytuacji. Szkoda tylko, że taki nie pomyśli, że gdyby nie pacjenci to on by nie miał za co żyć.

    OdpowiedzUsuń
  30. Przykro mi z powodu calej tej sytuacji. Na lekarzy polecam pisanie skarg. Praiwe 2 lata temu mialam oboje rodzicow w szpitalu, mama na ogolnym oddziale a tata w stanie krytycznym na OIOM-ie kardiochirurgicznym. Ordynatorka ogolnego na korytarzu zaczela krzyczec na mame, ze wyszla z oddzialu (ze mna i za pozwoleniem pan z dyzurki). Mama sie poplakala. Nastepnego dnia na biurku dyrektowa szpitala wyladowala moja skarga. Uwierz, nastapil cud na oddziale a ordynatorka bala sie przez kolejny tydzien wejsci do mamy sali. Tata zmarl.

    Ack do lyzeczkowania. Mialam farmakologicznie wywolywane poronienie, nie udalo sie. Konieczne bylo lyzeczkowanie . Niestety, za tydzien ide do kliniki w zwiazku z powiklaniami po zabiegu. Diagnostyka etc etc. Szkoda, ze tak malo kobiet jest swiadoma mozliwosci wystapienia powiklan po tym zabiegu, moze by naciskaly bardziej na lekarzy w kwestii farmakologicznego wywolywania poronienia.


    OdpowiedzUsuń
  31. Współczuje ci z całego serca. Nie wyobrażam sobie takiej sytuacji, a faktycznie mam takie doświadczenia ze służbą zdrowia (szczególnie w szpitalach) jakby robili łaskę, że w ogóle się kimś zajmują. Ja mam już dwie dzidzie za sobą, więc mam nadzieję, że druga ciąża przebiegnie u Ciebie super bez problemów! :* Dzieci to największy skarb i nic nie przebije tego uczucia kiedy taki maluszek się uśmiecha, stawia pierwsze kroki, mówi mamo... Jesteś jego całym światem :) Szczęścia życzę ;*

    OdpowiedzUsuń
  32. Trzymam za ciebie kciuki! Wiem, ze to nie do końca w temacie, ale podobnie okrutnie obszedł się ze mna lekarz, który wykryl u mnie guzek o wielkości ponad 2 centymetrow. W ciągu ok. pol godziny w jego gabinecie spotkalo mnie tyle nieprzyjemności, ze potrzebowałabym strony książki żeby je opisac. Ale najgorsze było jego podsumowanie kiedy zapytałam co mam z tym guzkiem teraz zrobić, a on na to, ze nie meczyc lekarzy, bo to okres urlopowy i im się przecież należy spokoj, a nie zawracanie glowy. Wtedy mnie zatkalo, wyszłam i plakalam pod gabinetem, z którego mnie praktycznie przegonil. Drugi raz nie dałabym się tak potraktować, ale w takim szoku człowiek nie myśli trzeźwo.

    OdpowiedzUsuń
  33. Gratulacje.trzeba wierzyć że wszystko będzie dobrze.Ja trafiłam do szpitala w 9tyg.byłam tak słaba i odwodniona że ledwo trzymałam się na nogach.Jak przyszłam na oddział to lekarz miał straszne pretensje że skierowanie wypisał lekarz rodzinny i nie chciał mnie przyjać.ale ja nie wytrzymalam i w końcu powiedziałam co myślę wiec odrazu zmienił ton.Przy przyjęciu pielęgniarki siedziały jak matrony a ja ledwo żywa stałam nad nimi.A w na oddziale znalazły sie pielęgniarki które mówiły mi"czego pani tu leży? Złe samopoczucie w ciąży to normalne.po co pani tu przyszła"chamstwo.nie mogę tego inaczej określić bo nikomu nie życzę takiego niby normalnego samopoczucia jaki ja mialam do samego porodu.8miesiecy wyjętych z życia.

    OdpowiedzUsuń
  34. A ja chciałabym to wszystko przedstawić trochę od innej strony. Nigdy nie byłam w ciąży, ale faktem jest, że często choruję. Niejednokrotnie z bardzo złymi wynikami, bólami, drgawkami czekałam na SORze by dowiedzieć się, że jestem młoda i nic mi nie jest. Niejednokrotnie zostają mi przepisane leki, które mają u mnie silne uboczne skutki ale "przecież to nie możliwe". Spotkałam nawet pana radiologa, który nawrzeszczał na mnie, gdy nie byłam się w stanie rozebrać z dwoma złamanymi rękami, i mówił wiele innych rzeczy, o których przykro mówić.
    Sama teraz studiuje medycynę i trochę widzę co się w środowisku dzieje. Przede wszystkim jest bardzo mało lekarzy, przez to nawet Ci, którzy nie nadają się do kontaktu z pacjentem pracują, bo ktoś musi obsadzić dyżur. Wielu też lekarzy ma zwyczajne wypalenie zawodowe, nikt nie przejmuje się, że po 300 godzin w miesiącu lekarz jest najzwyczajniej w świecie przepracowany i działa już automatycznie, a i empatii coraz mniej. Średnia wieku lekarza w Polsce to ponad 50 lat. Takie lekarz może być świetny ze względu na swoje doświadczenie, lub fatalny ze względu na to, że spoczął już na laurach, nie wykorzystuje aktualnej wiedzy, ma już swoje utarte schematy. Jeszcze wciąż trzeba myśleć, czy procedura jest zgodna z wytycznymi, czy zostanie nam za nią zapłacone z NFZ. A co z młodymi lekarzami? Nie ma. Nie ma nawet opcji, żeby dostać się na specjalizację z ginekologii. Miejsca są zwyczajnie poblokowane. Można specjalizować się w ramach wolontariatu co oznacza kilka lat pracy bez wynagrodzenia (a mówimy tu o osobach ok 30 letnich, które mają rodziny). A jak już się dostaniesz na specjalizację? Będziesz odbębniać masę czarnej roboty, nikomu nie zależy na tym, by Cię czegoś nauczyć, będą Tobą obsadzać dyżury i będziesz prywatnym niewolnikiem szpitala za 2500. W sumie to 2500 może nie brzmi źle dla osoby, zaraz po studiach. Tylko problem jest wtedy, gdy za tą wypłatę trzeba wyjechać gdzieś na parę tygodni na szkolenie, zapewnić sobie nocleg, transport, wyżywienie. A ponadto musisz mieć aktualne książki, prenumeraty gazet. I kończy się to tym, że co ambitniejszy młody lekarz, ucieka z tego kraju, żeby żyć i kształcić się na poziomie. I obawiam się, że tu się długo jeszcze nic nie zmieni. Cały sytem zdrowia w Polsce tym się nakręca.

    OdpowiedzUsuń
  35. Przeczytałam i strasznie mi przykro! Mam nadzieję, że kolejna ciążą będzie już bez problemów! Bardzo dobrze, że o tym napisałaś

    OdpowiedzUsuń