26.11.18

Saaremaa - scrub i krem do ciała od Natura Siberica

Kosmetyki Natura Siberica towarzyszą mi od lat, początkowo ich zdobycie wcale nie było łatwe, potem trafiłam do sklepu Kalina i tam łowiłam swoje perełki. Na blogu możecie znaleźć mnóstwo recenzji poświęconych właśnie tej firmie. Gdy więc wiosną trafiła do mnie nowa liniaa Saaremaa, wraz z informacją, że Natura Siberica wkracza do Polski na dobre, aż przyklasnęłam z radości. 98 % składników naturalnych to coś, co zdecydowanie przemawia na ich korzyść. Jak więc spisały się u mnie scrub i krem do ciała


Scrub Saaremaa zamknięty jest w dużym, zakręcanym, plastikowym słoju. Pojemność jest moim zdaniem olbrzymia - to aż 370 ml! Gdyby okazał się bublem, dopiero byłby płacz przy zużywaniu... :D Konsystencja jest bardzo gęsta i lekko zbita, jednak bez problemu daje się nabrać z opakowania. Oczywiście przy takich słojach nie ma problemu z "wylizaniem" dna do czysta.


Zapach roślinny, średnio intensywny. Nie należy może to tych szczególnie przyjemnych i otulających, ale nie jest też upierdliwy. Szybko odparowuje z powierzchni. 
Jeśli tak jak ja lubicie konkretne zdzieraki, to jest to produkt wręcz stworzony dla Was. 


Bazą kosmetyku jest cukier. Do tego gliceryna, masło shea, olej słonecznikowy, ekstrakt z maliny moroszki, ekstrakt z imbiru, ekstrakt z bodziszka syberyjskiego, ekstrakt z oskrzelki niwalnej, ekstrakt z kocimiętki syberyjskiej i substancje wspomagające. Skład jak najbardziej zacny.


Osobiście najchętniej stosowałam go na lekko wilgotne ciało. Nie był ani zbyt suchy, ani zbyt mokry, dzięki czemu łatwo osiadał na skórze i pozwalał na wykonanie konkretnego masażu. Po spłukaniu skóra była idealnie miękka i wygładzona, a jednocześnie nawilżona. Nie było jednak wyraźnego, tłustego filmu, za którym wiele osób po prostu nie przepada.


Obecnie peeling możemy ustrzelić na wyprzedaży za niespełna 48 zł. Osobiście polecam, bo choć coraz więcej firm poprawia się w tej dziedzinie to i tak znalezienie dobrego scrubu bywa bardzo trudne.


Krem do ciała zamknięty jest w identycznym opakowaniu o dokładnie tej samej pojemności - 370 ml. Konsystencja jest średnio gęsta i idealnie kremowa. Zapach dużo lżejszy niż w przypadku peelingu. Po chwili w zasadzie nie wyczuwalny.


Krem stosowałam latem i na początku jesieni. Powiem szczerze, że pojemność mnie po prostu przerosła i połową podzieliłam się z mamą bo to ona jest naczelnym zjadaczem mazideł do ciała w mojej rodzinie. Ja nie dość, że jestem w tej dziedzinie mega wybredna to dodatkowo często ani nie mam czasu, ani ochoty na smarowanie się wieczorem. Zupełnie odwrotnie z twarzą - muuuuszę mieć krem. Do regularnego kremowania ciała zmusiła mnie jednak depilacja laserowa. Krem z linii Saaremaa bardzo dobrze nadawał się do przesuszonej i nieco podrażnionej skóry, mam jednak do niego pewne uwagi, a w zasadzie jedną - trzeba poświęcić dłuższą chwilę na wsmarowanie produktu ponieważ bogata formuła sprawia, że nie wchłania się ekspresem. Po aplikacji, na skórze pozostaje wyraźnie wyczuwalny film.


Kosmetyk bazuje na maśle shea, hydrolizacie skrobii kukurydzianej, oleju słonecznikowym, ekstrakcie z maliny moroszki, ekstrakcie z różeńca górskiego, ekstrakcie z bodziszka syberyjskiego, ekstrakcie z wrzosowca syberyjskiego i ekstrakcie z jarzębiny syberyjskiej. Poniżej pełny skład.


Ten produkt nie zdobył mojego serca aż tak jak jego zdzierający kuzyn. Zdecydowanie polecałabym go osobom o bardzo suchej, wręcz odwodnionej skórze, która potrzebuje dużej dawki emolientów.
Cena wyprzedażowa to 41,99 zł

O innych kosmetykach Natura Siberica możecie przeczytać TUTAJ.

Znacie tą firmę? Lubicie rosyjskie kosmetyki? A może zupełnie nie trafiają w Wasz gust?

14 komentarzy:

  1. To nowość dla mnie ;) Ale mają bardzo ciekawe opakowania. Obawiam się tylko, że zapach mógłby mi mimo wszystko przeszkadzać :/

    OdpowiedzUsuń
  2. Opakowania cudne, piękne zapachy i świetne kosmetyki - tyle w temacie. Jestem oczarowana!

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetna wiadomość! Lubię tę firmę, fajnie, że będzie na stałe w polskim asortymencie :) Po peeling chętnie sięgnę. Oni w ogóle znają się na zdzieraczkach ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ten peeling jest stworzony dla mnie. Uwielbiam mocne zdzieraki do ciała :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie znam, ale dla mnie chyba bardziej krem niż scrub ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Faktycznie pojemność jest spora :D

    OdpowiedzUsuń
  7. Zapach gra u mnie dużą rolę, musiałabym najpierw powąchać ;) Poza tym ciekawie się zapowiadają :)

    OdpowiedzUsuń
  8. zachwycam się zdjęciami! <3 opakowania prezentuję się bardzo ekskluzywnie :) Przy moim minimalistycznym (i leniwym) trybie pielęgnacji taka pojemność wystarczyłaby mi na całą jesień i zimę z pewnością :) Pozwól że zostanę na dłużej, pozdrawiam serdecznie :*

    OdpowiedzUsuń
  9. Piękne opakowania. Od razu kojarzą mi się tak orientalnie :)

    OdpowiedzUsuń
  10. "naczelny zjadacz mazidel do ciała" -tekst roku :D

    ja z kolei nie mam z tą marką zbyt wielu doświadczeń. jeszcze

    OdpowiedzUsuń
  11. Mam w łazience kawowy peeling, ale wkurza mnie w nim to że za każdym razem cała łazienka nadaje się wyłacznie do sprzątania :(

    OdpowiedzUsuń
  12. Opakowania mają bardzo oryginalne, jestem ich bardzo ciekawa:D

    OdpowiedzUsuń
  13. Miałam z tej serii tylko maskę do włosów i szału nie było, choć krzywdy też nie :P

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2017 Kaczka z piekła rodem